ŚWIĘTOJAŃSKI BIBLIOKRĄG - SPOTKANIE 11
Mamy wspaniałe informacje na sobotni poranek długiego weekendu. Zarówno dla tych co uczestniczyli i tych którzy nie dotarli na ostatni BIBLIOKRĄG - SPOTKANIE 11, który odbył się w poniedziałek 25 maja 2026, a którego gościem byłą s. Małgorzata Borkowska OSB z wykładem " PO CO I JAK CZYTAM PISMO ŚWIĘTE".
Moderator tego spotkania i pomysłodawca całego przedsięwzięcia nasz świętojański lektor Jerzy Kiszkis przekazał nam tekst wykładu s. Borkowskiej, wygłoszonego w ostatni poniedziałek maja. Autoryzowany tekst rozważań publikujemy w tym miejscu i na FB Duszpasterstwo Środowisk Twórczych Archidiecezji Gdańskiej.
Owocnej lektury.
• Małgorzata Borkowska OSB, właśc. Anna Borkowska (ur. 10 listopada 1939 w Warszawie[1]) – polska benedyktynka, historyk i znawczyni historii życia zakonnego, tłumaczka, pisarka, także książek dla dzieci i literatury fantastycznej. Autorka wielu prac historycznych, m.in. „Życie codzienne polskich klasztorów żeńskich w XVII i XVIII wieku”, „Czarna owca”, „Oślica Balaama”, „Sześć prawd wiary oraz ich skutki”, tłumaczka m.in. ojców monastycznych.
Studiowała filologię polską (magisterium w 1961[1]) i filozofię na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu oraz teologię na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. W 1964 wstąpiła do zakonu benedyktynek, w lipcu 1970 złożyła śluby wieczyste. Mieszka w klasztorze benedyktynek w Żarnowcu na Kaszubach, przejściowo przebywała także w klasztorze w Staniątkach. W 2011 została doktorem honoris causa Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Publikuje m.in. w miesięcznikach „Znak” i „Więź”.
S. Małgorzata Borkowska OSB
" PO CO I JAK CZYTAM PISMO ŚWIĘTE"
Niewątpliwie cel czytania warunkuje sposób.
Z psalmu 42: Jak łania pragnie wody ze strumieni, tak dusza moja pragnie Ciebie, Boże! Dusza moja pragnie Boga, Boga żywego: kiedyż więc przyjdę i ujrzę oblicze Boże?
Boga żywego. Nie ideę, nie pomysł na życie, nie okazję do stawiania hipotez. Boga żywego chcę spotkać, osoba Osobę, serce do serca, i nic mi innego nie wystarczy. Czy to nie za wielkie żądanie?
Łzy stały się dla mnie chlebem we dnie i w nocy, gdy mówią mi co dzień: Gdzie jest twój Bóg?
I pewnie: nie muszą mi tego mówić ateiści, wiem sama: Ten, którego szukam, jest niewidzialny, i ani ja, ani żaden inny człowiek nie ma narządu, którym by Go mógł zobaczyć albo usłyszeć. Owszem, bywały chwile szczęścia: Gdy wspominam o tym, rozrzewnia się dusza moja we mnie, ponieważ wstępowałem do przedziwnego namiotu, do domu Bożego, wśród głosów radości i dziękczynienia w świątecznym orszaku. Ale przecież i to było czysto emocjonalne przeżycie, a nie jakiś nagle znaleziony odbiornik na nadprzyrodzone fale. Nie sposób ich znowu włączyć, znowu odnaleźć. Obijam się o ściany mojego ludzkiego ograniczenia jak pisklę, które nie potrafi wyjść ze skorupki. To boli.
Ale – Czemu jesteś zgnębiona, duszo moja, i czemu trwożysz się we mnie? Ufaj Bogu, bo jeszcze wysławiać Go będę: Zbawienie mego oblicza i mojego Boga.
Bo przecież nie jest tak, że to tylko ja szukam Jego. To On szuka mnie także. To on pierwszy nawiązuje kontakt, z serca do serca: Głębia przyzywa głębię hukiem wodospadów. Wszystkie twe nurty i fale nade mną się przewalają. Jest przecież Objawienie Boże, dane nam bardzo wyraźnie i stanowiące wezwanie i obietnicę zarazem. Zostało wyrażone ludzkim językiem, wpisane w ludzką psychikę: więc wystarczy, że wewnątrz tej psychiki, w możliwościach tego języka, odpowiem.
Nie muszę szukać żadnego odbiornika (ani nadajnika) fal nadprzyrodzonych. Mogę sobie powiedzieć: Za dnia udziela mi Pan swojej łaski, a w nocy będę Mu śpiewał, będę sławił Boga mego życia. Czy to naprawdę takie proste?
Bo jednak we mnie dusza przygnębiona… mówię do Boga: Opoko moja, czemu zapominasz o mnie? Czemu chodzę smutny, gnębiony przez wroga? Kości we mnie się kruszą, gdy lżą mnie przeciwnicy, gdy cały dzień mówią do mnie: Gdzie jest twój Bóg?
Muszę zrezygnować z ambicji udowodnienia swojej racji przeciwnikom, i w ogóle komukolwiek czegokolwiek; muszę skupić się własnej tęsknocie. Czemu jesteś zgnębiona, moja duszo, i czemu trwożysz się we mnie? Ufaj Bogu, bo jeszcze Go będę wysławiać: Zbawienie mego oblicza i mojego Boga.
A więc szukam Boga, szukam relacji z Nim, szukam spotkania. Oczywiście po to, żeby w Piśmie św. szukać spotkania, trzeba wychodzić z pewnych założeń.
Oto one:
1. Wierzę w Boga
2. Wierzę w Jezusa z Nazaretu i w to wszystko, co On zdziałał i czego nauczał.
Z tych założeń nie będę się tłumaczyć, bo takie dyskusje w praktyce nie mają końca, głównie dlatego, że nie wszystko, co mój rozum uważa za oczywiste, jest też oczywiste dla rozumu każdego człowieka bez wyjątku i może mu być udowodnione more geometrico. Dużą rolę grają założenia i utarte szlaki myślowe. W dodatku nawet w dziedzinie zwykłej ludzkiej nauki każda dziedzina wiedzy ma własne metody i myliłby się ten, kto by na przykład do historii chciał stosować metodę eksperymentu, ponieważ jest ona słuszna w chemii. Błąd metodologiczny, po prostu.
A tu jeszcze w dodatku chodzi o szukanie osobowego spotkania: to coś więcej niż szukanie samej tylko wiedzy. Nie dość by mi było tylko wiedzieć o Bogu, poznawać Go jako temat; potrzebuję relacji, a w takim razie mniej sobie cenię stawianie domysłów i budowanie na nich hipotez, które to domysły i hipotezy, czy to filologiczne, czy historiograficzne, nic by mnie nie obchodziły po odejściu od biurka.
Jeśli zakładam, że szukam tu kontaktu z Bogiem poprzez prawdę o Nim, to tym samym muszę odejść od popularnego traktowania tego tekstu jak słowa czysto ludzkiego: jakby to był zapis kulturowy, literacki, ważny owszem dla dziejów ostatnich dwudziestu wieków, ale nic poza tym. Niewierzącemu to ostatnie wystarcza; ale dla chrześcijanina lektura Pisma św. ma sens tylko pod warunkiem, że zmartwychwstanie Chrystusa jest faktem, że więc (m. in.) rozmowa w drodze do Emaus naprawdę się odbyła, a nie jest tylko pobożną powiastką autorstwa św. Łukasza. Przecież jeśli zakładamy, że to tylko ludzki wymysł, a nie prawda, to z góry mamy oczy zawiązane tą tezą, całkiem jak ci dwaj wędrujący uczniowie mieli je zawiązane swoim smutkiem. Żaden morał, który by się w takiej powiastce mógł znajdować, żadne znaczenie alegoryczne, nie jest spotkaniem Boga w Jego słowie; takie spotkanie jest możliwe tylko poprzez uznanie prawdy narracji. Inaczej słowo Boże przepływa obok nas nie rozpoznane.
Jeżeli bowiem ktoś nie uznaje faktu zmartwychwstania Chrystusa, to tym samym – jak mówi św. Paweł (1 Kor 15,15) – zarzuca głoszącym je apostołom fałszywe świadectwo, po prostu propagandowe kłamstwo; jeśli więc ten zarzut jest słuszny, to uwierzyliście na próżno – mówi korynckim niedowiarkom św. Paweł, wiedząc, że z fałszu nie może płynąć zbawienie. Po prostu daliście się nabrać. Ten fakt, fakt zmartwychwstania, nie tylko bowiem nadaje autorytet całej nauce Ewangelii, ale jest jednocześnie działaniem zbawczym. I można też dodać, że nie bardzo wiadomo, w co i w kogo oni właściwie uwierzyli, jeżeli to świadectwo odrzucają. Bo gdyby nawet w Boga, to widzą w Nim kogoś, kto jeśli w ogóle istnieje i jeśli nawet – podobno – nas kocha i zbawia, to w każdym razie nie okazuje tego czynem, faktem, ale każe nam słuchać bajeczek o zdarzeniach, które nigdy w rzeczywistości nie miały miejsca, a tym samym też niczego nie dowodzą.
A więc deklarujemy na wstępie wiarę w zmartwychwstanie Chrystusa i w prawdę Jego nauki. Przyjmujemy słowo Boże nie jako słowo ludzkie, ale – jak jest naprawdę – jako słowo Boże (1Tes 2,13). Założenie tego to przy lekturze Biblii rzecz niezwykle ważna, bo tym samym zakładamy, że mamy do czynienia ze słowem Bożym, chociaż przefiltrowanym przez ludzki system pojęć i przy jego pomocy wyrażonym. I z tą wiarą bierzemy do ręki Biblię.
Oczywiście wiemy, że skoro jest ona tekstem, zapisem, a nie wydarzeniem dziejącym się na naszych oczach, to trzeba najpierw do tego tekstu podejść w sposób właściwy. Trzeba przejść przez ludzką otoczkę tego zapisu, żeby dotrzeć do treści Bożej. Spotkanie z Bogiem byłoby więc trzecim, ostatnim stopniem naszego kontaktu z Księgą.
Pierwszy stopień jest filologiczny: chodzi po prostu o zrozumienie otrzymanego tekstu. Drugi jest historyczny: szukamy w tekście świadectwa o faktach. I wreszcie na podstawie tych faktów znajdujemy relację z Bogiem. Wszystkie te stopnie są widoczne w zapisie rozmowy w drodze do Emaus. Najpierw jest egzegeza tekstów, potem świadectwo o fakcie ich spełnienia się i wreszcie rozpoznanie Nauczyciela.
Nie można więc zatrzymać się na stopniu filologicznym i snuć w nieskończoność domysły, na przykład, czy przypadkiem jakaś forma gramatyczna nie jest dowodem interpolacji tekstu, i kiedy do takiej interpolacji mogło dojść… Takie hipotezy mają wartość właśnie tylko prywatnego domysłu, i nie prowadzą ani na stopień historyczny, ani do spotkania ze Zbawicielem; podobnie jak dwa tysiące lat temu koncentracja na drobiazgowym komentowaniu przepisów Prawa Mojżeszowego nie doprowadziła uczonych w Piśmie do rozpoznania Mesjasza. (A nawet doprowadziła do odrzucenia Go…)
Trzeba przejść do ustalania faktów, ale (powtórzmy) bez z góry przyjętego założenia, że to a to stać się nie mogło, a więc i nie miało miejsca, ponieważ jest cudem.
Dzisiaj zresztą panuje na ten temat jakieś przedziwne rozdwojenie myślenia: wszystkie cuda Chrystusa usiłuje się jakoś naturalnie wytłumaczyć, „co naprawdę miało miejsce”, natomiast tłumy walą do kościoła, w którym by zapowiedziano na przykład Mszę z uzdrowieniami. Czasem kościół nie wystarcza, najmuje się stadion, i robią to ci sami księża, którzy na kazalnicy „wyjaśniają” rozmnożenie chleba w ten sposób, że Chrystus skłonił słuchaczy, którzy mieli przy sobie zapasy, żeby się podzielili z innymi, no i starczyło dla wszystkich… Dzisiejszemu charyzmatykowi wolno czynić cuda; Chrystusowi Panu nie wolno.
Na stopniu historycznym musimy także założyć, że inaczej będziemy traktowali Stary i Nowy Testament, a to z tej racji, że zachodzi podstawowa różnic w sposobie ich spisywania. Stary Testament powstawał przez kilkanaście wieków jako zapis najpierw wcześniejszej tradycji ustnej, a potem stopniowo wielu nieraz redakcji tekstu. Nowy jest dziełem pokolenia bezpośrednich świadków życia Chrystusa, i ich pierwszych słuchaczy. Tamten jest historiografią, ten jest świadectwem. A to ogromna różnica.
Wciąż nam bowiem mówią, że historiografia starożytna nie stroniła od zmyśleń, których rzekomo wszyscy po niej oczekiwali. I tak, historycy rzymscy i greccy chętni bywali do łatania braków informacji domysłami i twórczością wręcz literacką; a i myśl żydowska posługiwała się zmyślonymi historiami, chcąc nimi zilustrować jakieś twierdzenie. Iluż to takimi maszalami obrosły na przykład dzieje Abrahama (jak to ojciec jego, Tare, rzeźbił w Ur pogańskie posągi, a on je zniszczył…), albo dzieje Józefa w Egipcie!
Powieściopisarze do dziś czerpią z tego pełnymi garściami, jak choćby Kossak-Szczucka czy Mann. Co do historyków greckich i rzymskich, bywało różnie. Jedni, jak Liwiusz, potrafili ze skąpych przekazów odtwarzać barwne historie; w tym także długie mowy wielkich ludzi z odległej przeszłości, nigdzie naprawdę nie zapisane. Inni, jak Tacyt, byli nam bliscy w potrzebie dochodzenia przez źródła do ścisłej prawdy.
Trzeba pamiętać, że fantazjowanie jest łatwiejsze, bardziej kuszące i może nawet jakoś usprawiedliwione tam, gdzie się opowiada wydarzenia dawne, i im dawniejsze, tym bardziej; źródłowe przekazy ma się wtedy kuse, i duże pole do hipotez, jak również do tego, żeby (jak to robił pan Zagłoba) „koloryzować rzecz swoją”.
Natomiast gdy mowa o historii najnowszej, jest to po prostu ryzykowne. W każdej chwili mógłby ktoś przecież publicznie zarzucić autorowi: „Nieprawda, sam przy tym byłem obecny i wiem, że było zupełnie inaczej!” Pisanie o współczesności dla współczesnych wymaga szczególnej dbałości o autentyczność faktów. Powtarzanie natomiast mów, nawet długich, samo w sobie nie było dla starożytnych problemem, pod warunkiem oczywiście, że tę mowę poprzednio rzeczywiście słyszeli.
Jeden z dialogów Platona zaczyna się od takiej sceny: Sokrates spotyka pewnego młodzieńca spośród swoich uczniów, który aż płonie zachwytem nad usłyszaną właśnie mową znanego sofisty – i oczywiście natychmiast ją mistrzowi powtarza. W całości. A i to zresztą niewielkie osiągnięcie, jeśli pamiętać, że cała Iliada – i nie ona jedna – była przez długie wieki powtarzana z pamięci, zanim ją zapisano. (W przypadku Ewangelii można tu cichutko przypomnieć, że pamięć była wspierana przez natchnienie Boże.)
Otóż o ile znajomość historii zaspokaja tylko usprawiedliwioną ludzką ciekawość co do własnych korzeni oraz równie usprawiedliwioną potrzebę obcowania z pięknym słowem – a więc może się karmić całkiem dobrze taką „koloryzowaną” historiografią – o tyle poszukiwanie kontaktu z Bogiem żywym i działającym nie może opierać się na żadnych zmyśleniach. Potrzebuje faktu, potrzebuje prawdziwej wiadomości o rzeczywistym Bożym działaniu, i żadna alternatywna rzeczywistość tej potrzeby nie zaspokoi.
Oczywiście więc pierwszym pytaniem, jakie się nam nasuwa, jest: uczniowie niewątpliwie znali prawdę i chcieli ją powiedzieć, ale czy traktowali to jako pisanie historii, z pewną możliwością fikcji obecną w tym gatunku i ponoć nawet oczekiwaną przez czytelników? Albo może (co w tej kwestii na jedno wychodzi) w konwencji maszalu hebrajskiego?
I tu musimy odpowiedzieć: Nie. Oni ją traktowali (i chcieli przekazać) jako ŚWIADECTWO.
A to jest zupełnie co innego. Świadectwo to pojęcie wzięte nie z literatury, ale z życia, a konkretnie: z sądu. Jest równie stare jak społeczeństwo ludzkie: odkąd zaczęło się rozstrzyganie sporów między członkami grupy przez przywódcę, zamiast po prostu między sobą przy pomocy pięści (z otoczakiem), ten przywódca musi wiedzieć, co konkretnie zaszło; i dowiaduje się o tym od świadków. W sądzie odróżnia się fakt od fikcji bardzo ściśle, bo to może być sprawa życia i śmierci; tak zwłaszcza było w starożytności, kiedy śmiercią karano wiele przewinień. Ten pradawny kodeks moralny, jakim jest Dziesięcioro Przykazań, stanowi: Nie będziesz mówił fałszywego świadectwa.
Był to program minimum dotyczący prawdomówności: jeszcze wtedy nie było można żądać od ludzi mówienia prawdy na co dzień; ale prawdy w sądzie, tak: było można i trzeba. Sędzia musiał dojść do prawdy (jak Salomon), chociaż więc przykazanie nie zabraniało kłamać oskarżonemu (w swojej obronie), to świadkom jednak zabraniało, bo inaczej mieliby krew na sumieniu. To jedna z najstarszych zasad prawa na ziemi: że w sądzie mówi się fakty. Nie przypowieści, choćby z najbardziej budującym morałem, nie przenośnie, nie mity ani teorie, nie maszale ani haggady, tylko FAKTY. Bo tutaj to konieczne. Bo chodzi o życie.
Greckie słowo martyr, które my tłumaczymy od wieków jako męczennik i kojarzymy głównie z fizycznym cierpieniem, w rzeczywistości oznacza ŚWIADKA: i to z prawdą, potwierdzoną przez gotowość na cierpienie, należy je przede wszystkim kojarzyć. I właśnie świadkami chcieli być Apostołowie i Ewangeliści. Głoszona przez nich prawda nie jest w ich pojęciu jakąś nauką tylko, doktryną, teorią, kodeksem moralnym: jest ŚWIADECTWEM. Nie możemy nie mówić tego, cośmy widzieli i słyszeli (Dz 4,20).
Mamy na tę ich intencję mnóstwo dowodów. Tak przecież rozumie to św. Jan: Co było od początku, cośmy usłyszeli o Słowie życia, co ujrzeliśmy własnymi oczami, na co patrzyliśmy i czego dotykały nasze ręce – bo Życie objawiło się, myśmy je widzieli, o nim świadczymy i głosimy wam Życie wieczne, które było w Ojcu, a nam zostało objawione – oznajmiamy wam; cośmy ujrzeli i usłyszeli, abyście i wy mieli współuczestnictwo z nami (1J 1,1-3).
Św. Łukasz, który sam naocznym świadkiem nie był, widział konieczność starannego wypytania świadków: o zdarzeniach, które się dokonały pośród nas, tak jak nam je przekazali ci, którzy od początku byli naocznymi świadkami i sługami słowa. Postanowiłem […] zbadać dokładnie… (Łk 1,1-4). Postanowił zbadać dokładnie wszystkie te zdarzenia, żeby czytelnik mógł się przekonać o ich prawdzie i pewności. Deklaruje więc jasno, że nie zmyśla! Jego deklaracja może być albo prawdą, albo kłamstwem; ale na pewno zmierza do wywołania wiary w fakty, a nie do udzielenia pouczeń moralnych za pomocą fikcji. Może więc Łukasz być albo świadomym oszustem, albo przekazicielem Bożej prawdy. Trzeciej możliwości nie ma; bo na pewno prawdę od zmyślenia potrafił odróżnić, inaczej by się nie podejmował jej szukania. Badał starannie zeznania świadków, które mógł znaleźć. Tu i tam zeznania tych świadków mogą być sprzeczne w drobnych szczegółach z zeznaniami innych: (na przykład czy był jeden opętany w Gerazie, czy dwóch; albo czy Jair dowiedział się o śmierci córeczki już przed rozmową z Chrystusem, czy dopiero w jej trakcie); tu i tam zeznania Ewangelistów uzupełniają się raczej niż potwierdzają (Łukasz opuszcza całą wyprawę do Egiptu), tu i tam wiadomość jest niedokładna (czy spis przeprowadzono w całym cesarstwie, czy w jednej prowincji) – ale intencja jest wyraźna: świadczyć o faktach, zwłaszcza tych najistotniejszych: Syn Boży stał się człowiekiem; żył i działał między nami; poniósł śmierć i zmartwychwstał. Faktu nie dowodzi się fikcją; fikcją można najwyżej ilustrować czy wyjaśniać zasady ogólne, ale nie fakt. Fakt jest, albo nie, trzeciej możliwości nie ma. A Dobrą Nowiną, którą roznosili Apostołowie, był właśnie fakt: ON ZMARTWYCHWSTAŁ.
I o tym trzeba było świadczyć jak w sądzie. Dlaczego jak w sądzie? Bo idzie o życie. Dlaczego o życie, a nie tylko o kodeks moralny, teorię, doktrynę? Odpowiedź na to pytanie daje św. Paweł w pierwszym liście do Koryntian (1 Kor 15,15). Reaguje tam bardzo mocno na twierdzenie niektórych neofitów, że „zmartwychwstania nie ma”. Jeżeli – mówi – zmartwychwstanie jest niemożliwe, to także i Chrystus nie zmartwychwstał. A w takim razie okłamaliśmy was, głosząc, że zmartwychwstał (a nie dodając, że to trzeba rozumieć przenośnie; jak ci uczniowie, którzy schodząc z góry Przemienienia, dyskutowali, co właściwie mogłoby „znaczyć” powstać z martwych: Mk 9,10). Okazuje się bowiem, żeśmy byli fałszywymi świadkami Boga: skoro umarli nie zmartwychwstają, to przeciwko Bogu świadczyliśmy, że z martwych wskrzesił Chrystusa. Przeciwko Bogu, bo niezgodnie z prawdą. A więc wyraźnie uważa, że kerygmat ewangeliczny rządzi się tymi samymi prawami, co sądowe świadectwo i powinien być ściśle prawdziwy: fakty, a nie przenośnie i pouczenia.
Dlaczego? Dlatego, że i tu także chodzi o życie. Pisze bowiem dalej: Skoro umarli nie zmartwychwstają, to i Chrystus nie zmartwychwstał. A jeżeli Chrystus nie zmartwychwstał, daremna jest wasza wiara i aż dotąd pozostajecie w swoich grzechach. Tak więc i ci, co pomarli w Chrystusie, poszli na zatracenie. Jeżeli tylko w tym życiu w Chrystusie nadzieję pokładamy, jesteśmy bardziej od wszystkich ludzi godni politowania (15,16-19). Jeśli nasze świadectwo o zmartwychwstaniu Chrystusa było fałszywe, było mitem, przypowieścią, przenośnią, hagadą – to zbawienie się nie dokonało, nie macie Zbawcy i pomrzecie w grzechu. Już nie mówiąc o tym, że i cała reszta naszej nauki na nic się wam nie zda, jest oparta na fałszu i przyjęliście ją na próżno.
Jest to więc przede wszystkim problem teologiczny, i to witalny. Chodzi o życie wieczne, o zbawienie, o największą możliwą stawkę. Św. Jan, który Życiem nazywa Chrystusa – Życie objawiło się – powiedziałby, że chodzi także o Jego Osobę. Czy więc nie jesteśmy czasem fałszywymi świadkami Boga, kiedy twierdzimy, że On nie wskrzesił Jezusa rzeczywiście, a tylko nas taką opowieścią „poucza” o sobie? I o czym właściwie miałby w takim razie uczyć: przecież nie o swojej mocy, skoro wskrzesić nie potrafił i ludzie to musieli wymyślić; czy więc On cokolwiek w ogóle może i chce dla nas zrobić? Naprawdę, a nie w przenośni? Przecież najwznioślejsze nawet mity nie zastąpią okrucha faktycznej prawdy. To nie jest intelektualna zabawa, gabinetowa filozofia: tu chodzi o życie.
Więc z takich założeń wypływa – moim cichym a nieustępliwym zdaniem – sposób lektury Pisma św. Wyłożyłam go jeszcze bardziej szczegółowo w książce "Świadectwo, czyli o drodze do Emaus". Jest on wynikiem około sześćdziesięciu pięciu lat przestawania z tekstem na modlitwie – i może trochę także faktu, że ponad czterdzieści tych lat spędziłam także na badaniach historycznych, a to bardzo wyraźnie uczy przestrzegać różnicy między prawdą a fikcją.
Nieraz słyszę pytanie, czy nie mam pokus przeciw wierze. Ależ tak! Tylko odkryłam, że nie są one tym, co to określenie normalnie znaczy. Bo zwykle oznacza ono jakieś rozumowe kwestionowanie konkretnych prawd wiary, i wtedy mówi się dużo o „sprzeczności wiary z rozumem”… a przynajmniej z takim rozumem, który ze znanych jemu samemu przyczyn nie uznał faktu objawienia Bożego.
Otóż mój rozum akceptuje całość nauki wiary, więcej: zachwyca się jej treścią, jej logiką i spójnością. Atak przychodzi skądinąd: ze strony jakiegoś irracjonalnego poczucia rzekomej oczywistości, które gdyby to ująć słowami, „mówiłoby” tak: „Powieść układasz: to przecież po prostu nie może być prawdą”. I właśnie dlatego, że atak jest irracjonalny, nie ma na niego rozumowej odpowiedzi. Można wtedy tylko powiedzieć „Panie, ustrzel tę ropuchę” – i wybrać Boga jeszcze raz. Bo przecież „religia” to nie tylko akceptacja jakiegoś systemu myślowego; to także, albo nawet i przede wszystkim, żywa relacja z Bogiem żywym.
Ktoś mi niedawno powiedział, że u niego to krowa, nie tylko ropucha. Ale ten ktoś i tak się modli: niech sobie ta krowa ryczy…. .